Kino Nowej Przygody – termin filmoznawczy utworzony przez Jerzego Płażewskiego na określenie ożywienia i odnowienia filmu przygodowego, jakie zapanowało w kinie amerykańskim w drugiej połowie lat 70. XX wieku, po premierze Gwiezdnych Wojen i Bliskich spotkań trzeciego stopnia, prowadząc do powstania wielu wysokobudżetowych widowisk przeznaczonych dla szerokiej publiczności.
Kocham kino nowej przygody. Dla mnie to czysta, niezmącona niczym magia kina. Serie takie jak Indiana Jones czy Powrót do przyszłości od lat niezmiennie hipnotyzują mnie przed ekranem przynajmniej raz do roku. Uwielbiam napierdzielać się mieczami świetlnymi, szukać świętego Graal'a czy przemieszczać się w czasie z Martym McFly'em przy dźwiękach Huey Levis and The News. Dziwnie się więc poczułem słysząc z ust jednego z moich mistrzów określenie "degenerat kina" skierowane w stronę Stevena Spielberga. No bo co, do cholery, "Hodor" chce od filmów Spielberga? Że mało ambitne? Że nie poruszają życiowych prawd filozofii wschodu? A może "Hodor" nie patrzy na to tak, jak trzeba? Czy na pewno w tych filmach nie ma nic ciekawego? Czy są to tylko efektowne historyjki dla ubogich intelektem? Popatrzmy na moje ulubione "Bliskie spotkania trzeciego stopnia". Mogą być spoilery. Jedziem!
sobota, 13 września 2014
środa, 10 września 2014
Dick na ekranie - "Przez ciemne zwierciadło" Richarda Linklatera
Tak mnie naszło dzisiaj, żeby opowiedzieć
wam o filmie nie doskonałym, może nawet nie bardzo dobrym ale niesamowicie dla
mnie ważnym. Nie będzie to recenzja ani artykuł, ale takie pogaduchy do
poduchy. Posłuchajcie!
Pamiętam to jak dziś. Byłem chyba w pierwszej albo drugiej klasie szkoły średniej. Zepsuł mi się komputer, a że sam nie potrafiłem go naprawić (bo przecież byłem w klasie informatycznej), musiałem czekać, aż ktoś mnie wyręczy. Nie zdawałem sobie sprawy, że będzie trwało to ponad pół roku (!). Na filmy więc musiałem polować w telewizji. Nie miałem kablówki ani nic z tych rzeczy, zadowolić mnie więc musiały cztery podstawowe, ogólnodostępne kanały. To wtedy zapoznałem się z cotygodniową ramówką i już wiedziałem, że we wtorki o 23:00 TVP2 emituje wszelakie slashery (mój pierwszy seans "Krzyku" Wesa Cravena ; spece puścili część pierwszą i trzecią, drugiej nie), Polsat w granicach południa raczy widzów tandetnymi filmami młodzieżowymi (ileż ja tego obejrzałem!) a Shwarzenegger na zmianę ze Stallone tłuką mordy nakrapianym zbirom o 20:40 w TVN'owskim Superkinie. Oczywiście średnio mi to wystarczało. Na całe szczęście rodzice postanowili zainwestować w odtwarzacz DVD. Na drugi dzień w szkole pożyczyłem od kolegi zestaw świeżo nagranych płyt DVD , odpaliłem pierwszą z góry i trafiłem na film o tytule "Przez ciemne zwierciadło".
Pamiętam to jak dziś. Byłem chyba w pierwszej albo drugiej klasie szkoły średniej. Zepsuł mi się komputer, a że sam nie potrafiłem go naprawić (bo przecież byłem w klasie informatycznej), musiałem czekać, aż ktoś mnie wyręczy. Nie zdawałem sobie sprawy, że będzie trwało to ponad pół roku (!). Na filmy więc musiałem polować w telewizji. Nie miałem kablówki ani nic z tych rzeczy, zadowolić mnie więc musiały cztery podstawowe, ogólnodostępne kanały. To wtedy zapoznałem się z cotygodniową ramówką i już wiedziałem, że we wtorki o 23:00 TVP2 emituje wszelakie slashery (mój pierwszy seans "Krzyku" Wesa Cravena ; spece puścili część pierwszą i trzecią, drugiej nie), Polsat w granicach południa raczy widzów tandetnymi filmami młodzieżowymi (ileż ja tego obejrzałem!) a Shwarzenegger na zmianę ze Stallone tłuką mordy nakrapianym zbirom o 20:40 w TVN'owskim Superkinie. Oczywiście średnio mi to wystarczało. Na całe szczęście rodzice postanowili zainwestować w odtwarzacz DVD. Na drugi dzień w szkole pożyczyłem od kolegi zestaw świeżo nagranych płyt DVD , odpaliłem pierwszą z góry i trafiłem na film o tytule "Przez ciemne zwierciadło".
wtorek, 9 września 2014
Poezja z wyprzedaży - mini-recenzja "Pozostawionych".
Damon Lindelof decydując się na produkcję
"Pozostawionych" miał zapewne na uwadze domknięcie pewnej klamry.
Jego najsłynniejszym jak dotąd projektem byli "Zagubieni", a to
zdaje się mówić samo przez się. Nie byłem fanem "Lostów" i do tej
pory nie rozumiem fenomenu tego serialu, więc wyłowienie smaczków i możliwych
powiązań obu projektów Lindelofa pozostawiam innym. Ja skupie się na
"Pozostawionych". Wiem, że historia opiera się na książce Perrotty,
ale oceniam serial a nie książkę.
poniedziałek, 1 września 2014
Polański o Polańskim

Gdybym miał wybrać swojego ulubionego reżysera filmowego długo bym się zastanawiał aż w końcu doszedł bym do wniosku, że jest nim Roman Polański. W jego filmach odnajduję wszystko to co lubię najbardziej: Kafkowska atmosfera osaczenia i niepokoju, gra otoczeniem i przedmiotami, dwuznaczność niemal każdej sytuacji, przenikliwa ironia, absolutnie genialne poczucie humoru a wszystko to w ramach dopiętego na ostatni guzik, niezwykle przemyślanego scenariusza. Kilka dni temu Polański obchodził swoje 81 (!) urodziny, myślę więc, że to dobra okazja do skrobnięcia kilku zdań o moim faworycie. Napisano już tomy, więc nie ma sensu produkować się nad wspaniałością "Chinatown" czy Trylogii Apartamentowej. Chciałbym jednak zaznaczyć kilka ciekawych, wydaje mi się, rzeczy a propos ostatniego filmu reżysera, "Wenus w futrze" a także "Autora Widmo". Notkę nazywam "Polański o Polańskim" nie bez powodu. Obydwa filmy to opowieść reżysera o samym sobie.
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Gwiezdne Wojny: science-fiction czy fantasy?
Wczorajsza rozmowa odnośnie przynależności gatunkowej "Star Wars" uświadomiła mi, jak różnie postrzegana jest fantastyka naukowa. Dla jednych - w tym dla mnie - science fiction to przede wszystkim konflikt na płaszczyźnie człowiek-technologia. Dla innych jest to po prostu określona estetyka. "Gwiezdne Wojny" w przeróżnych bazach i archiwach filmowych, począwszy od filmwebu kończąc na imdb, umieszczane są w kategorii sci-fi, czasami wspólnie z podgatunkiem przygodowym. Osobiście uważam to za błąd i poniżej postaram się wyjaśnić dlaczego. Za przykład na kontrze będę używał jednego z moich ulubionych filmów sci-fi - "Łowcy Androidów". Krótko, bo konkretnie.
wtorek, 29 lipca 2014
"Książka oczywiście lepsza", czyli bzdura jakich mało.
Nie znoszę lata. Upały sprawiają, że mój mózg zamienia się w
jednokolorową, bezmyślną papkę a humor oscyluje w granicach uśmiechu
Latherface'a. W takich dniach moim ulubionym piosenkarzem jest Charles Manson a
filmy z gatunku "rape and revenge" wzruszają nie gorzej niż
"Titanic". Jedynym dobrym rozwiązaniem było by chwycić Colta Navy (rocznik - oczywiście - 1851) i z pełnym soczystych
kul magazynkiem wyjechać na dziki zachód odstrzelić kilku głoszących brednie
delikwentów. Niestety póki co postrzelać sobie mogę jedynie w klawiaturę komputera a
jedynym wierzchowcem w pokoju jest czarny (jak diabeł) kot. Włączam więc muzykę
z "Pewnego razu na dzikim zachodzie" i nie zastanawiając się długo
wybieram temat, który zawsze doprowadza mnie do białej gorączki. Co więcej,
kiedy zaczynam z kimś o tym rozmawiać i tłumaczyć jak małemu dziecku dlaczego
mam rację, zostaję wyśmiany, olany i obdarzony uśmiechem z szuflady "co za
nawiedzony facet". Żeby więc nie strzępić więcej języka postaram się
napisać pokrótce to, co jest tak oczywiste, a tak ciągle niezrozumiałe.
Rozprawię się teraz z wami na poważnie - w internecie!
sobota, 19 lipca 2014
Głęboka żółć - recenzja "The Strange Colour of Your Body's Tears"
Nie często zdarza mi się komentować film głośnymi okrzykami podczas seansu w pustym, ciemnym pokoju. Nie często również rozszalałe stado motyli wywraca mi z ekscytacji żołądek na drugą stronę. Takie fizyczne oznaki zakochania dopadły mnie wczorajszego wieczoru przy okazji kontaktu z najnowszym filmem duetu Helene Cattet i Bruno Forzani. Mowa oczywiście o "The Strange Colour of Your Body's Tears".
Subskrybuj:
Posty (Atom)